No więc jeden fumfel wyciągnął mnie na te kajaki. Spływy kajakowe, myślę, nihil novi- pierwszy raz słyszę, ale co tam, spoko loko, luz i spontan. Zwijamy Mandżurię w parcha i turlamy fele. Na miejscu oblukuję nową parafię. O ja jebię! Natura 2000. Zero chodników, wszędzie trawnik. Ale kajaki mają wyczesane, takie plastikowe.
Głównym bonzem jest tu jeden kaszalot. Hura bura szef podwóra. Najpierw jest lekcja „bezpieczne spływy kajakowe”. Trochę zmula facetka ale wie o czym pitoli. Potem ładujemy się w kajaki i heja. Fumfel nie może rozkminić jak się tym pływa, ja obczajam od razu. Płyniemy sobie elegancko, loox i ogólnie morsko, ale potem robi się Kongo. Zakręt, drzewo, zakręt, drzewo. Jedziemy na pełnej kurwie i z dupy max jesteśmy w wodzie. Normalnie żal.pl. Drzewo to podobno słowo, na które nie reagują psychopaci. Ja do końca spływu reaguje na drzewa nerwem.
Potem jest znowu biwak. Fuks, że deszcz nie bangla. Słońce grzeje przez cały dzień skowytnie, bez kaniołki ani rusz. Tylko funie marudzą, że nie ma ciepłej wody, ale mi to tito. Ważne, że jest bardacha. A propos: funie się całkiem fajnie lansują, strzaskane, w bikini. Patrzę jak Norek w kanał.
Wieczorem parę bro, jakiś turboptyś i robię spływ do boksu. I tak przez trzy dni. Jak przyswajam spływy kajakowe? Spoko, polecam.

