Zorganizowane spływy kajakowe w pobliżu Śląska- głosiła zupełnie przypadkowo kliknięta reklama w Internecie. W pierwszej chwili pomyślałam, że za stara już jestem na kajaki, ale coś nie dawało mi spokoju. Wreszcie podjęłam decyzję i przekonałam koleżankę z biura, że albo teraz albo nigdy. W głębi duszy obie czułyśmy, że oprócz faktur, not księgowych, mężowskich koszul i niedzielnego placka, życie składa się też z innych elementów, więc raz kozie śmierć.
Tak oto trzy tygodnie później znalazłyśmy się na spływie kajakowym. Na dwudziestominutowym szkoleniu przed wypłynięciem poznałyśmy w teorii zasady pływania kajakiem. Praktyka okazała się dużo trudniejsza! Płynęłyśmy od brzegu do brzegu, w ogóle sobie nie radząc. Towarzyszący nam młody chłopak z obsługi spływu śmiał się, że pokonamy dwa razy większy dystans niż inni. W końcu kazał nam się zamienić miejscami i co się okazało? Że w roli sternika spisuje się dużo lepiej niż Kryśka (parkuję też dużo lepiej niż ona, hi hi)! Prawdę powiedziawszy bez profesjonalnej kadry nasz debiut nie byłby tak wesoły, zwłaszcza, że Krysia nie umie pływać. Kamizelka kamizelką, ale ciągła obecność ratownika podnosiła nas na duchu. I poprawiała także humor. Na początku wrzeszczałyśmy na siebie wzajemnie się obwiniając, lecz szybko nam wytłumaczono, że nie ma co się denerwować. Wystarczyło potraktować płynięcie kajakiem jak zabawę a nie wyzwanie, któremu trzeba sprostać.
To był najlepszy mój weekend od wielu lat. Rzeka okazała się cudowna, kajaki wygodne, obsługa sprawna no i te ogniska. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz śpiewałam przy ognisku. A że nie płynęłyśmy jak po sznurku? Wprawa czyni mistrza. Potrenujemy na następnym spływie.
Małgorzata, księgowa, lat 49

