Na kajaki jeździmy całą paczką. Zwykle jest to początek lipca, zaraz po letniej sesji. W sierpniu niektórzy wyjeżdżają na saksy, zbierać jakieś jabłka czy coś takiego, inni zakuwają do kampanii wrześniowej. Jeden z kolegów, typ kaowca, co roku z entuzjazmem organizował wyjazd. Miał wszystko obcykane: gdzie jedziemy, która wypożyczalnia kajaków, program zaplanowany dzień po dniu. W tym roku złamał nogę i pierwszy raz byliśmy zdani na siebie. Poszliśmy trochę na łatwiznę i wybraliśmy opcję zorganizowany spływ kajakowy.
Przyznam, że jechaliśmy z lekką obawą jakie towarzystwo się nam trafi. Okazało się, że frasunek był zbędny. Była co prawda jedna toksyczna rodzinka, którą od razu nazwaliśmy rodziną Adamsów, ale na szczęście trzymała się z boku i nikomu nie przeszkadzała. Za to reszta ekipy- bez zarzutu.
Miło zaskoczyła nas kadra prowadząca spływ. Profesjonalnie i z zaangażowaniem, ale też bez narzucania się. Pełen szacun. Wydawało nam się też, że jesteśmy starymi kajakowymi wyjadaczami, a tu guzik: od instruktorów sporo się nauczyliśmy. Przyda się na następnych spływach.
Fajne było też to, że kolesie wozili za nami nasze bilongingsy i robili nam zakupy. Puściutkie, wygodne kajaki to prawdziwe błogosławieństwo. Chyba się starzejemy. Summa summarum zorganizowane spływy kajakowe nie są takie złe, a nawet- jeśli się trafi na fajną ekipę- są ekstraordynaryjnym wypoczynkiem.
Tomek, student, 21 lata
