Mój mąż przyszedł któregoś razu z pracy mocno podekscytowany. Kolega z działu naopowiadał mu o kajakach, że jeździ regularnie i że jest super. Popatrzyłam na niego pytająco, na co odrzekł zniecierpliwiony, że też chce pojechać. Świetnie Misiu- próbowałam sprowadzić go na ziemię- ale muszę ci przypomnieć, że ci mali ludzie, którzy mieszkają w naszym domu, to są nasze dzieci, co z nimi zrobimy? Zabierzemy je- odparł jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. Siedmiolatka i pięciolatkę? Zmarszczyłam czoło, lecz najlepszy z mężów już uważał się za znawcę tematu: tak, z mniejszymi dziećmi ludzie jeżdżą.
Cóż, nie zachwycił mnie ten pomysł, ale skoro małżonek się uparł postanowiłam zbadać temat na własną rękę. Przewertowałam Internet i wykonałam z pięć telefonów do firmy organizującej spływy (postanowiliśmy skorzystać z usług biura polecanego przez kolegę męża). Ustaliłam, że dysponują kamizelkami ratunkowymi w małych rozmiarach, spływy prowadzone są pod okiem instruktorów, bagaże są przewożone brzegiem, rzeka jest płytka, nurt leniwy oraz- co podobało mi się najmniej- że to ja popłynę ze starszym synem, a mąż z córeczką.
Wszystkie moje obawy okazały się płonne. Pływanie kajakiem jest prostsze od zrobienia jajecznicy, poradziłam sobie bez problemu, zwłaszcza, że rzeka faktycznie byłe płytka i bezpieczna. Dodatkowo spływ był perfekcyjnie zorganizowani i widać było, że kadra wie co robi. Miłe było również to, że faktycznie w imprezie brało udział kilkoro dzieci. Wszystkie się szybko zaprzyjaźniły i dokazywały przez cały weekend, aż przyjemnie było patrzeć. Na naszych dzieciach największe wrażenie zrobiły noclegi w namiotach. Najmniej podobały im się komary, ale nawet one nie popsuły ogólnego wrażenia. Jestem przekonana, że spływy kajakowe na stale zagoszczą w naszym urlopowym kalendarzu.
Agnieszka, lat 33

